![]() |
![]() | |
- Przepraszam - powiedział. - Właśnie wróciłem z dziedzińca stajennego. Muszę umyć ręce. Za chwilkę tu wrócę. Przepraszam, bądźcie łaskawi, dziękuję... - Ukłonił się jeszcze dwa i trzy razy. Kiedy był w połowie schodów, spojrzał w górę. U ich szczytu stał Tano z bardzo niezadowoloną miną i z wyraźnie widoczną na biodrze bronią. Skinął dłonią na Brena, który resztę schodów pokonał biegiem, mając nadzieję, że cała scena rozegrała się w miejscu uniemożliwiającym turystom dostrzeżenie powodu jego nagłego przypływu energii. - Nand' paidhi - rzekł surowo Tano. - Miałeś korzystać z tylnego holu. - Nikt mi nie powiedział, nadi! - Był wściekły. I powstrzymał wybuch. Winnym był Banichi, wszystkim tu zarządzający, a drugą odpowiedzialną za to osobą był najwyraźniej on sam. - Muszę się umyć. Obiecałem im... - Wstążki, nand' paidhi. Zajmę się tym. Pośpiesz się. Mimo bólu minął Tano biegiem i puścił się pędem do swego apartamentu. Nie miał czasu na kąpiel. Umył się tylko z grubsza, narzucił świeżą koszulę i spodnie, włożył czysty kaftan i przeciągnął dłońmi zwilżonymi wodą kolońską po włosach, które wiatr wyplątał mu z warkocza. Następnie wyszedł z pokoju, przeszedł korytarz i w bardziej już cywilizowany sposób zszedł schodami ku ustawionym w kolejce turystom. W holu przed kominkiem czekało na niego miejsce przy stole z płonącym stoczkiem, wstążkami, niewielkimi kartami oraz niespokojnymi atevimi - dla każdego podpisać kartę, przyłożyć wstążkę i przypieczętować ją woskiem. Pierwszy podpis i pieczęć, pierwszy zadowolony i zdenerwowany turysta, który otrzymał nagrodę za swoją wycieczkę, a w kolejce czekało jeszcze trzydziestu, zerkając sobie nad głowami na jedyną ludzką twarz, jaką prawdopodobnie kiedykolwiek widzieli, chyba że zapuścili się aż do Shejidan. Paidhi był przyzwyczajony do spojrzeń dorosłych. Z dziećmi radził sobie o wiele gorzej. Wyrosły na dramatach machimi o Wojnie. Niektóre z nich były nadąsane. Inne chciały dotknąć ręki paidhiego, żeby zobaczyć, czy jego skóra jest prawdziwa. Jedno zapytało go, czy, jego matka też jest takiego koloru. Kilkoro bało się spojrzeć mu w oczy albo pytało, czy ma broń. - Nie, nadi - skłamał z raczej czystym sumieniem - nic podobnego. Teraz mamy pokój. Mieszkam w domu aijiego. Któryś z rodziców zapytał: - Jesteś na wakacjach, nand' paidhi? - Zachwycam się jeziorem - odparł, zastanawiając się, czy próba jego zabójstwa znalazła się już w wiadomościach telewizyjnych w prowincji, z której pochodził mężczyzna. - Uczę się jeździć. - Ulał wosku i przypieczętował wstążkę do karty, - Są tu piękne widoki. Zagrzmiało. Turyści spojrzeli z niepokojem na drzwi. - Pośpieszę się - rzekł Bren i zaczął obsługiwać kolejkę szybciej, przypominając sobie czarną chmurę, którą widzieli z grzbietu wzniesienia przy krańcu jeziora. To codzienny potop, pomyślał i zadał sobie pytanie, czy to typowe dla tej pory roku i dlaczego Tabini przyjeżdża tu jesienią, a nie w środku lata? Może wie lepiej i wysłał tu paidhiego, żeby ten się utopił? A prądu wciąż nie było. - To wygląda tak autentycznie - powiedział jeden z gości do sąsiada, patrząc na blask świec. Zwiedź łazienki, pomyślał Bren ponuro i zapragnął gorącej kąpieli, na którą podgrzanie wody zajmie przynajmniej pół godziny. Siedząc na twardym krześle, zaczynał czuć się niewygodnie, co było skutkiem siodła i chodu Nokhady oraz rozciągnięcia mięśni, o których istnieniu nie miał dotąd pojęcia. Przez otwarte drzwi frontowe wpadł wilgotny, zimny podmuch wiatru. Zachwiał płomieniami świec i prysnął woskiem ze stoczka na wypolerowany drewniany blaty Bren pomyślał, czyby nie zawołać na służbę, żeby zamknęła drzwi, zanim nie zacznie padać, ale nikogo nie było w pobliżu, a on już kończył. Turyści wyjadą za kilka chwil, a od drzwi padało więcej światła, niż dostarczały go świece. Zagrzmiało, odbijając się echem od ścian, a Brenowi zostało dwoje ostatnich turystów, starsza para, która poprosiła o "Cztery karty, jeśli paidhi łaskaw, dla wnuków". Podpisywał i pieczętował, podczas gdy turyści ze swoimi ozdobionym wstążkami kartami zbierali się przy otwartych drzwiach. Podjeżdżały furgonetki, a powietrze pachniało deszczem, który to zapach ostro kontrastował z wonią wosku. Bren podpisał ostatnią kartę, przypieczętował ostatnią wstążkę, dla starca, który powiedział, że jego wnuki to Nadimi, Fari, Tabona i mała Tigarti, której właśnie wyrżnęły się pierwsze ząbki, że jego syn Fedi jest rolnikiem w prowincji Didaini i czy paidhi pozwoli sobie zrobić zdjęcie? Wstał, czując sztywność w naciągniętych mięśniach, uśmiechnął się do obiektywu i z takim samym uśmiechem przetrzymał ogólny trzask migawek, kiedy pozostali uznali to za przyzwolenie. Poczuł się o wiele lepiej, pocieszony tym, że turyści okazali się kontaktowi i że nawet dzieci zachowywały się w stosunku do niego o wiele swobodniej. Przypuszczał, że poza nielicznymi osobami, które spotykał na audiencjach w Shejidan, bliżej ze zwykłymi atevimi już się nie zetknie, lecz mimo obecnego sukcesu nawyki jego pracy ograniczyły go do zdawkowej uprzejmości. Odprowadził ich do drzwi i do autobusów - taki dodatkowy gest dobrej woli, mimo chłodu, to zawsze dobre posunięcie, a poza tym polubił tę parę staruszków, którzy szli obok niego i zadawali pytania o rodzinę. - Nie, nie mam żony - odpowiedział. - Nie, już o tym myślałem... Barb umarłaby z nudów i frustracji w tym klasztorze, w którym żył paidhi. Udusiłaby się wśród wszechobecnej ochrony, a jeśli chodzi o rozwagę - jej życiorys nie wytrzymałby gradu pytań rady, nie przeszłaby przez sito, a Barb... Nie kochał jej, ale była mu potrzebna. Do ramienia przysunął mu się jakiś chłopiec i powiedział niezbyt dyskretnie: - Zobacz, jaki jestem wysoki. Owszem, był. Jego rodzice pośpiesznie go jednak odciągnęli, oznajmiając, że takie słowa są bardzo insheibi, niedyskretne, niegrzeczne i niebezpieczne, i prosząc paidhiego o wybaczenie, bardzo uprzejmie zapytali, czy mogą się z nim sfotografować, gdyby tylko ktoś z personelu paidhiego zechciał zrobić zdjęcie? Uśmiechnął się po ateviemu, cierpliwie zaczekał, aż się ustawią, i przybrał tak cywilizowaną i swobodną minę, na jaką tylko było go stać. Trzasnęła migawka. Kiedy odchodził od dwojga atevich, nastąpiła istna lawina trzasków migawek pozostałych aparatów. Oraz trzy ciche puknięcia, dochodzące zza otwartych drzwi. Bren odwrócił się z zamarłym sercem, rozpoznawszy dźwięk wystrzałów, lecz ktoś chwycił go za rękę i przyparł do otwartych drzwi, podczas gdy turyści wybiegli hurmem pod portyk na deszcz. Zabrzmiał jeszcze jeden strzał. Turyści zrobili owację. Brena przyduszał Tano, a on nawet nie wiedział, że Tano jest w pobliżu. - Zostań tu - polecił mu Tano i wyszedł na dwór, trzymając dłoń na kolbie pistoletu. Nie mógł tu tak stać ani nie wiedząc, co się dzieje, ani nie znając grożącego mu niebezpieczeństwa. Zaryzykował rzut oka za oddalającymi się plecami Tano, wystawiając głowę, a resztę ciała chroniąc za masywnymi drzwiami. W przerwach między szpalerem turystów zobaczył mężczyznę leżącego w deszczu na kamiennych płytach i kilka atewskich postaci schodzących z trawnika na kolisty podjazd w pobliżu armaty. Widziani przez zasłonę deszczu, stanowili ledwie widoczne cienie. Kierowca autobusu, który nie zwracał na zajście najmniejszej uwagi, krzyczał na swoich pasażerów, żeby wsiadali, że czeka ich dzisiaj długa podróż i lekki obiad nad jeziorem, jeśli pogoda na to pozwoli. Turyści wsiedli do autobusu, a atewskie cienie otoczyły postać leżącą na podjeździe. Bren uznał, że strzelanina już się skończyła. Wyszedł przed drzwi. Uderzyły go wilgotne podmuchy wiatru. Nadbiegł Tano. - Wejdź do środka, nand' paidhi - polecił. Pierwsza furgonetka odjeżdżała Turyści przyciskali twarze do szyb, kilku z nich machało rękami. Bren im też pomachał - cóż za beznadziejny nawyk - zmrożony groteskowym widokiem ich twarzy. Furgonetka objechała armatę i Brena minął drugi autobus. - Wszystko jest pod kontrolą, nand' paidhi, wejdź do środka. Myślą, że to machimi dla turystów, wszystko w porządku. - W porządku? - Powstrzymał oburzenie i uspokoił głos. Kto został zabity? Kto to jest? - Nie wiem, nand' paidhi, spróbuję się dowiedzieć, ale nie mogę cię zostawić tu na dole. Proszę cię, idź na górę. - Gdzie jest Banichi? - Gdzieś tam - odparł Tano. - Wszystko jest w porządku, nadi, chodź, zaprowadzę cię do twojego apartamentu. - Zaskrzeczał kieszonkowy komunikator Tano. Tano włączył go jedną ręką. Mam go - powiedział do mikrofonu. Bren pomyślał, że to głos Banichiego, dzięki Bogu, że to Banichi, ale gdzie jest Jago? Usłyszał, jak Banichi mówi coś szyfrem, coś o jakimś rozwiązanym problemie, a potem inny głos - rozpoznawanie płci atevich po głosie nie zawsze było łatwe - powiedział coś o drugim zespole i że wszystko jest w porządku. - Wdowa - odezwał się cicho Bren, zadając sobie nagle pytanie, bo w obliczu zwłok na terenie posiadłości człowiek musiał je zadać, czy Ilisidi jest w to jakoś zamieszana, czy nic jej się nie stało, czy może wraz z Banichim jest w jakiś sposób autorką tego zajścia? - Absolutnie bezpieczna - odparł Tano i znów delikatnie go popchnął. - Proszę cię, nadi, Banichiemu nic się nie stało, nikomu nic się nie stało... - Kto zginął? Ktoś z zewnątrz? Ktoś z personelu? - Nie jestem pewien - powiedział Tano - ale proszę cię, nadi, nie utrudniaj nam pracy. Pozwolił się więc odciągnąć spod drzwi, z dala od falującej mgły, od której wilgło i lodowaciało ubranie, dał się poprowadzić przez mroczny hol i w górę po schodach. Przez cały czas myślał o cieniach w deszczu, o Banichim kręcącym się gdzieś na zewnątrz i o zwłokach leżących na brukowanym podjeździe tuż obok klombów i pamiątkowej armaty... Myślał też z niepokojem o zeszłonocnym alarmie, o przejażdżce niespełna godzinę temu z Ilisidi i Cenedim, podczas której stanowili tak łatwy cel. Wróciło żywe wspomnienie tamtej nocy w Shejidan, odrzutu pistoletu, z którego strzelił, i Jago mówiącej, niczym w koszmarze, że na tarasie jest krew. Tak jak tutaj, na trawniku w deszczu. Kiedy wchodził po schodach, zaczęły mu drżeć kolana. Zanim dotarł do drzwi apartamentu, zrobiło mu się niedobrze, jakby to rzeczywiście była tamta noc, jakby wszystko znów wymykało mu się spod kontroli. W ostatniej chwili Tano wyprzedził go o dwa kroki i otworzył drzwi do pokoju przyjęć, do pozornego schronienia, gdzie uderzyła Brena ściana ciepłego powietrza, a z okna oślepionego deszczem wlewała się fala światła. Zamigotała błyskawica, zalewając na chwilę okno bielą. Turyści zjeżdżali z góry w ulewie. Ich obiad nad jeziorem był bardzo niepewny. Ktoś wtargnął zeszłej nocy na teren posiadłości i leżał teraz martwy na podjeździe. Jego plany zawiodły. Brenowi trudno było uwierzyć, że nikt ich nie zna. Tano zadzwonił na innych służących i zapewnił Brena cichym głosem, że zaraz przyniosą herbatę. - Kąpiel - odparł Bren - jeśli to możliwe. Nie chciał teraz mieć do czynienia z Djinaną i Maigim, chciał Tano, chciał towarzystwa osób, o których wiedział, że są związane z Tabinim - bał się jednak powiedzieć o tym Tano, jakby pytanie o ich plany mogło zmienić się w wyzwanie rzucone tej zmowie milczenia, w znak, że więzień nabrał chęci do buntu, w ostrzeżenie, że jego strażnicy powinni być ostrożniejsi... Kolejna głupia myśl. Chciał mieć przy sobie Banichiego i Jago, a Tano powiedział, że jego osobiste potrzeby mogą jedynie przeszkodzić Banichiemu w dochodzeniu, jakie właśnie prowadził. Jego potrzeba, by dowiedzieć się; o co chodzi, nie dorównywała potrzebie Banichiego, by pójść za tym tropem w deszczu. Jemu musiało wystarczyć przepytywanie personelu, w jaki sposób ten ateva dostał się do środka, czy przyjechał autobusem, a może Banichi popełnił straszliwy błąd i to był po prostu jakiś biedny nieświadomy turysta, który wszedł na trawnik, żeby lepiej ustawić się do zdjęcia. Pasażerowie autobusu chyba zauważą nieobecność jednej osoby? Czy któraś z grup nie zapyta, dlaczego jedno miejsce jest puste albo kto to był, albo czy to tylko machimi, jakiś aktor, pouczająca rozrywka? Czyż nie jest to historycznie kształcąca scena, tu w Malguri, gdzie podczas spacerów zdarzały się śmiertelne wypadki? Djinana i Maigi stawili się szybko, odebrali Brena spod opieki Tano i usadzili w salonie przed kominkiem, rozbierając go po drodze z wilgotnego kaftana i pytając o śniadanie z wdową. Jakby nie przyjechali żadni turyści, jakby na zewnątrz nic się nie działo, jakby niczyje życie nie było w niebezpieczeństwie... Gdzie jest Algini? - pomyślał nagle Bren. Nie widział partnera Tano od wczoraj, a ktoś tam leżał martwy. Nie widział Alginiego zeszłej nocy, tylko same cienie przechodzące przez jego pokój. Nie widział Alginiego może od przedwczoraj... Po tym wypadku z herbatą stracił poczucie czasu. Tano nie wyglądał na zmartwionego. Atevi jednak nie zawsze wszystko wyrażali twarzą. Nie zawsze wyrażali, co czują, jeśli w ogóle coś czuli, i nie było wiadomo... - Włącz grzejnik - rzekł Maigi do Djinany i otulił Brenowi nogi kocem. - Nadi, zechciej usiąść i ogrzej się. Pomogę ci zdjąć buty. Bren osunął się na krzesło przed kominkiem, a Maigi ściągnął mu buty. Ręce miał lodowate, a stopy, bez najmniejszego powodu, zimne. - Ktoś został zastrzelony - odezwał się w nagłym przypływie brawury, chcąc przełamać milczenie Maigiego w tej sprawie. - Wiesz o tym? - Jestem pewien, że wszystko jest pod kontrolą. - Maigi ukląkł na dywanie, energicznie rozcierając mu prawą stopę. Oni są bardzo dobrzy. Banichi i Jago, to chyba chciał powiedzieć Maigi. Bardzo dobrzy. Ktoś nie żył. Może to już koniec i jutro będzie mógł wrócić tam, gdzie działa jego komputer i przychodzi poczta. Przy ciągłym braku prądu, kręcących się po zamku turystach i wdowie wystawiającej ich wszystkich na niebezpieczeństwo podczas porannych przejażdżek? Jeśli Banichi wiedział, że ktoś dostał się na teren posiadłości, to dlaczego nie dał żadnego ostrzeżenia? Dlaczego nie dotarło do niego ostrzeżenie Banichiego o turystach? A może Jago coś mu wczoraj powiedziała, coś o wycieczce, ale on tego nie pamiętał, do diabła, myślał o tej innej sprawie, w którą się wplątał, i wyleciało mu to z głowy. Nie była to więc ich wina. Ktoś go ścigał, a on wszedł między turystów, gdzie mógł zostać zastrzelony ktoś inny - gdyby jego ochroną jakoś go nie obroniła swoją obecnością, w imię finezji. Zrobiło mu się zimno. Maigi otulił go kocem i przyniósł gorącą herbatę. Bren siedział z nogami wyciągniętymi w stronę ognia, a za oknem grzmiało i deszcz siekł w szyby. Jego apartament znajdował się jedno piętro ponad zwieńczeniem murów. Okno wychodziło na pustą przestrzeń nad jeziorem. Hałas był taki, jakby sypało żwirem. Albo jakby padał grad. Bren zastanawiał się, w jaki sposób okna to wytrzymują, czy są jakoś wzmocnione i czy są, biorąc pod uwagę pobliski mur i możliwość, że ktoś na niego wejdzie, także kuloodporne. Zeszłej nocy Jago nie chciała, żeby przy nim stał. Algini zniknął poprzedniego dnia Zabrakło prądu. Siedział tak i przebiegał w myślach poranne wydarzenia: śniadanie, przejażdżkę, zachowanie Ilisidi i Cenediego, turystów i Tano. Najlepiej pamiętał uszczęśliwione twarze i machające do niego z autobusu ręce, jakby wszystko to widział w telewizji, jakby wszystko było dramatem machimi. Wyprawił się na wycieczkę po okolicy, spotkał się z atevimi, których przekonał, żeby się go nie bali, jak te dzieci czy para staruszków, i ktoś został na ich oczach zastrzelony. Przedtem on sam wystrzelił, jednocześnie dowiedział się, że chce strzelać tak, by zabić, ze strachu, z - jak odkrył - strasznego gniewu, od którego wciąż jeszcze się Uząsł - gniewu, o który się nie posądzał, o którym nie wiedział, skąd się wziął i do czego zmierza albo czy jest skierowany przeciwko niemu samemu, atevim czy jakiejś określonej sytuacji. Ten alarm zeszłej nocy nie był fałszywy - albo, jak powiedziałaby Barb, był to piekielny zbieg okoliczności. Może Banichi sądził, że Bren jest bezpieczny, a napastnik po prostu wdarł się na jego teren. Może cały czas śledzili zabójcę i pozwolili Brenowi pojechać rano z Ilisidi w nadziei, że wywabi go z ukrycia. Za dużo telewizji, powiedział Banichi w jego pokoju tamtej nocy śmierdzącej prochem, nocy deszczu na tarasie. Za dużo dramatów machimi. Za dużo strachu na twarzach dzieci. Za dużo pokazujących palców. Chciał dostać swoją pocztę, do cholery, choćby same katalogi, obrazki do oglądania. Nikt mu ich jednak nie przyniesie. Może Hanks już zauważyła jego nieobecność, próbowała się dodzwonić do jego biura i nie dostała połączenia. Powiedzą, że jest na wakacjach z Tabinim. Hanks może się domyśli. Śledzą przecież transmisje atevich. W tej sprawie jednak nie postawią się Bu - javid. Kiedy zorientują się, że coś jest nie tak, dalej będą monitorować przekazy, usiłując go znaleźć - i obarczą go winą za niewykonywanie obowiązków. Hanks zacznie się pakować, żeby przejąć jego stanowisko. Hanks zawsze miała mu za złe, że jest lepszy od niej. A Tabini nie będzie w stanie ścierpieć Hanks. Mógłby o tym powiedzieć członkom komisji, gdyby nie uznali, że robi to we własnym interesie i że jest to efekt zatargu między nim i Hanks. Jeśli jednak jest tak cholernie dobry w przewidywaniu posunięć Tabiniego - albo w odczytywaniu sytuacji - to nie może tego stąd udowodnić. Nie wykonał tego zasadniczego telefonu, nie uczulił Mospheiry na tę sytuację... Boże, ależ to było głupie. Spanikował przez jakiegoś pomyleńca, a teraz widzi koniec Traktatu, jakby przez te wszystkie stulecia atevi tylko czekali, żeby podjąć wojnę, ukrywając program budowy - pocisków, który sami stworzyli, i wystrzeliwując rakiety na Mospheirę. Było to tak samo głupie jak atewski pomysł satelitów latających nad planetą i rażących ją promieniami śmierci. Owszem, stosunki między Mospheirą i Shejidan bywały napięte. Administracja Tabiniego była najmniej skryta, najbardziej komunikatywna ze wszystkich administracji, z jakimi mieli kiedykolwiek do czynienia. Promienie śmierci, mawiał Tabini i wybuchał śmiechem. Zapraszał go na kolację, kiedy tajemnie oddawali się, wspólnym ludziom i atevim, występnym nałogom. Śmiej się, mawiał Tabini. Bren, głupcy są na Mospheirze i w Bu javid. Nie traktuj ich poważnie. Spokojna ręka, Bren -ji, jakbyś pokazywał palcem, nie ma żadnej różnicy. Dobry strzał, świetny strzał, Bren... Deszcz uderzał o szyby. Zmywał dowody. Autobusy odjeżdżały drogą, turyści się śmiali, zdumieni i rozbawieni spotkaniem. Nie nienawidzili go. Chcieli zrobić mu zdjęcia, żeby udowodnić sąsiadom jego istnienie... - Nadi - odezwał się Djinana od drzwi. - Kąpiel gotowa. Zebrał się w sobie, wstał, owinął się kocem i poszedł z Djinaną przez sypialnię, korytarz i wilgotną wygódkę do przegrzanej łazienki, gdzie mógł wreszcie zrzucić koc i resztę ubrania i zanurzyć się po szyję w ciepłej, parującej wodzie. Wokół niego unosiły się kłęby pary. Woda spotęgowała bóle, do których nie chciał się przyznać. Mógł leżeć, moczyć się i gapić głupio w starożytne sztukaterie - zadawać sobie ważne pytania, takie jak: dlaczego wanna nie przebiła się przez podłogę, skoro cała reszta drugiego piętra jest z drewna? Albo dlaczego oba zestawy służby nie poinformowały się nawzajem o alarmie zeszłej nocy i dlaczego Cenedi pozwolił im na przejażdżkę? Rozmawiali o armacie i dawnych wojnach. Wszystko się zlewało. Kamienie, niepewność, wiek, gorąco, zagrożenie życia. Nie docierały tu odgłosy burzy. Tylko od czasu do czasu dawało się odczuć przez kamienie wibracje grzmotów, brzmiących jak wystrzały z dawnych armat. A wszyscy mówią: "Nic się nie stało, nand' paidhi, nie ma się czym przejmować, nand' paidhi...". Usłyszał gdzieś na zewnątrz kroki. Jakieś zamierające głosy. Może to wraca Banichi. Albo Jago czy Tano. Może nawet Algini, jeśli żyje i nic mu nie jest. Nic w tym domu nie wydawało się wymagać pośpiechu. Jeśli zawiodła wyższa technika, działał palnik na metan. Paidhi przyzwyczaił się, że jego los spoczywa całkowicie w cudzych rękach. On nie mógł nic zrobić. Nie miał dokąd Pójść. Leżał nieruchomo w wodzie, poruszając palcami u nóg, zdrętwiałymi i otartymi przez buty, oraz stopami sztywniejącymi z wysiłku spowodowanego utrzymywaniem się na grzbiecie mecheity. Pewnie przez cały czas zaciskał nogi. Tkwił w wannie, pozwalając stygnącej wodzie wyciągnąć z niego wszystkie dolegliwości. W końcu wyszedł i wytarł się do sucha - Djinana chętnie by mu pomógł, lecz Bren nie przyzwyczaił się do takiej obsługi przez własnych służących, a co dopiero obcych. I tutaj. Włożył więc przygotowany przez Djinanę szlafrok i wrócił do gabinetu, żeby usiąść przy własnym bezpiecznym ogniu, poczytać książkę i zaczekać, aż otrzyma jakieś informacje, uwolnią go czy też piekło zamarznie - cokolwiek nadejdzie jako pierwsze. Może wzięli zabójcę żywcem. Może zadają pytania i otrzymują odpowiedzi. Może Banichi nawet mu powie, czy tak jest... A może nie. - Kiedy będziemy mieli prąd? - zapytał Djinanę, kiedy ten przyszedł, żeby zapytać, czy paidhi jeszcze czegoś sobie życzy. - Czy jest jakiś przybliżony termin? - Jago mówiła coś o zamówieniu nowego transformatora odparł Djinana - i przywiezieniu go koleją z Raigan. Coś się spaliło w elektrowni między nami i Maidingi. Nie wiem, co. Paidhi prawdopodobnie zna się na działaniu sieci o wiele lepiej ode mnie. Tak było. Nie zdawał sobie sprawy, że jest i podstacja. Nikt mu o tym nie mówił - tylko że jedna czwarta Maidingi czeka na tę samą naprawę. To logiczne, że elektrownia przyciąga pioruny, ale to, że nikt w promieniu stu mil nie potrafi przywrócić prądu w okręgu bez sprowadzenia części zapasowych, nie trzymało się kupy. - To nie jest uboga prowincja. Coś takiego musi się tu zdarzać od czasu do czasu. Czy dzieje się tak każdego lata? - Och, czasami - odrzekł Djinana. - Zeszłego lata dwa razy: - Czy zdarza się, że dostają się tu zabójcy? Czy to się zdarza? - Zapewniam cię, że nie, nand' paidhi. Teraz wszystko jest już w porządku. - Czy on nie żyje? Czy wiadomo, kto to był? - Nie wiem, nand' paidhi. Nie powiedzieli nam. Jestem pewien, że usiłują się tego dowiedzieć. Nie przejmuj się takimi rzeczami. - To chyba naturalne, że przejmuję się czymś takim - mruknął, spoglądając na książkę. Nieładnie było odbijać sobie zdenerwowanie na Djinanie i Maigim, którzy tu tylko pracowali i którzy traktowali reputację Malguri w sposób bardzo osobisty. - Chciałbym się napić herbaty, Djinano, dziękuję. - Z kanapkami? - Chyba nie, Djinano, dziękuję, ale nie. Posiedzę tu sobie i poczytam. | ||
![]() |
![]() |