Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 3 . Rozdział 7 .    

    Na dziedzińcu rozbrzmiewającym echem okrzyków i kwiczenia mecheiti Nokhada ugięła nogę dopiero za trzecim razem, głównie, jak sądził Bren, ponieważ zrobiły to już wszystkie inne zwierzęta.

    Ześliznął się po rozgrzanym słońcem boku Nokhady i patrzył nieufnie, jak mecheita zgina szyję i podszczypuje jego rękaw, szturchając go w bok co prawda osłoniętymi, lecz wciąż groźnymi kłami, podczas gdy on próbował wyprostować poskręcaną wodzę. Nie był jednak na tyle głupi, żeby znów nacisnąć nos Nokhady. Uniosła głowę, węsząc - czarna góra stojąca między nim i przedpołudniowym słońcem głośno się na coś uskarżająca - a może tylko podobało jej się echo własnego głosu.

    Podeszli stajenni, żeby wziąć wodzę. Bren poklepał Nokhadę na pożegnanie po łopatce, sądząc, że jej się to należy. Nokhada wydała głęboki pomruk i wyrwała mu wodzę z ręki, idąc za resztą zwierząt prowadzoną przez stajennych w labirynt dziedzińców.

    - Zażywaj jej, póki tu jesteś - usłyszał tuż obok głos Ilisidi. - Kiedykolwiek chcesz, o każdej porze. Stajnie otrzymały polecenie służenia paidhi - aijiemu.

    - Wdowa jest niezwykle uprzejma - odparł, zastanawiając się, czy pozostała mu na dłoni jakaś skóra.

    - Dosiad masz jeszcze nie najlepszy - rzekła Ilisidi, wzięła laskę od służącego i odeszła w kierunku schodów.

    Uznał to za odprawę.

    Zatrzymała się jednak przy pierwszym stopniu i obejrzała się, obiema rękoma wspierając na lasce.

    - Jutro rano. Śniadanie. - Laska dźgnęła dzielące ich powietrze. - Żadnych sprzeciwów, nand' paidhi. To przywilej twojej gospodyni.

    Skłonił się i poszedł za Ilisidi schodami, unoszony w górę przez falę jej służących i ochroniarzy, których funkcje, podobnie jak u jego personelu, prawdopodobnie się zazębiały.

    Spuchła mu warga, stracił zewnętrzną warstwę skóry na prawej dłoni, intymne obszary jego ciała były podrażnione i obiecywały jeszcze większe podrażnienie, a z polecenia wdowy miał ponowić próbę jutro. Najwyraźniej przekroczył próg, za którym nie mógł się już wycofać.

    Bren poszedł za atevimi aż na balkon apartamentu Ilisidi, ponieważ była to jedyna znana mu droga do zamku. Wdowa, zmierzająca do swoich pokojów, nie zwracała już na niego żadnej uwagi - co nie było nieuprzejmością, za jaką uchodziłoby wśród ludzi: oznaczało tylko tyle, że aiji - wdowa straciła zainteresowanie towarzystwem pośledniejszej osoby. Przy takiej różnicy ich rangi nic mu nie była winna, a w ciszy, jaka zapadła, mógł odejść, chyba że służący przyniósłby mu jakieś inne polecenie.

    Nie stało się nic takiego. Bren minął drzwi wdowy, przeszedł przez publiczne pokoje przyjęć jej apartamentu. Odprowadzali go mniej ważni służący, którzy otworzyli przed nim zewnętrzne drzwi i ukłonili się z życzeniami szczęścia na dalszą część dnia.

    Bren także złożył im ryczenia szczęścia do wtóru odpowiednich skinięć głową i ukłonów z ich strony, po czym odszedł korytarzem, posiniaczony i poobijany, ale z wiedzą dotyczącą ziemi, prowincji, widoku zamku i jego panowania nad okolicą, a nawet historii i pochodzenia działa, które widział przez otwarte drzwi frontowe.

    Gdzie - niech Bóg ma go w swojej opiece - stało zaparkowanych kilka pojazdów.

    Może przyjechał z miasteczka jakiś urzędnik. Może przybyła obiecana ekipa monterów do naprawy awarii prądu. Tak czy owak, paidhi nie był osobą, którą większość prowincjonalnych atevich przyjęłaby bez zmrużenia oka. Bren postanowił się pośpieszyć i przeciął frontowy pokój szybkim, sprawiającym ból krokiem.

    Wyszedł prosto na wchodzącą do zamku grupę miejscowego personelu i stadko turystów.

    Dziecko z wrzaskiem schowało się za swoich rodziców. Rodzice stanęli jak wryci, czarna ściana z szeroko otwartymi, żółtymi oczyma. Bren skłonił się przepraszająco; wiedział - było to minimalne zadanie paidhiego - że musi naprawić szkodę, mimo swego dzikiego wyglądu, rozciętej wargi i zakurzonego kaftana.

    - Witajcie w Malguri - odezwał się. - Nie miałem pojęcia, że przybyli goście. Proszę uspokoić tę młodą damę. - Chwila na oddech. Drugi ukłon. - Paidhi Bren Cameron, do usług. Czy macie względem niego jakieś życzenia?

    - Czy możemy dostać wstążkę? - zapytał dość bezpośrednio starszy chłopiec.

    - Nie wiem, czy mam je ze sobą - odparł Bren. Zwykle trzymał je w biurze na oficjalne okazje. Nie wiedział, czy Jago przywiozła takie rzeczy. Jeden ze służących powiedział jednak, że można je przygotować razem z woskiem, jeżeli Bren ma swój pierścień pieczętny.

    Znalazł się w pułapce. Banichi rzeczywiście go zabije.






    - Przepraszam - powiedział. - Właśnie wróciłem z dziedzińca stajennego. Muszę umyć ręce. Za chwilkę tu wrócę. Przepraszam, bądźcie łaskawi, dziękuję... - Ukłonił się jeszcze dwa i trzy razy. Kiedy był w połowie schodów, spojrzał w górę.

    U ich szczytu stał Tano z bardzo niezadowoloną miną i z wyraźnie widoczną na biodrze bronią. Skinął dłonią na Brena, który resztę schodów pokonał biegiem, mając nadzieję, że cała scena rozegrała się w miejscu uniemożliwiającym turystom dostrzeżenie powodu jego nagłego przypływu energii.

    - Nand' paidhi - rzekł surowo Tano. - Miałeś korzystać z tylnego holu.

    - Nikt mi nie powiedział, nadi! - Był wściekły. I powstrzymał wybuch. Winnym był Banichi, wszystkim tu zarządzający, a drugą odpowiedzialną za to osobą był najwyraźniej on sam. - Muszę się umyć. Obiecałem im...

    - Wstążki, nand' paidhi. Zajmę się tym. Pośpiesz się. Mimo bólu minął Tano biegiem i puścił się pędem do swego apartamentu. Nie miał czasu na kąpiel. Umył się tylko z grubsza, narzucił świeżą koszulę i spodnie, włożył czysty kaftan i przeciągnął dłońmi zwilżonymi wodą kolońską po włosach, które wiatr wyplątał mu z warkocza.

    Następnie wyszedł z pokoju, przeszedł korytarz i w bardziej już cywilizowany sposób zszedł schodami ku ustawionym w kolejce turystom. W holu przed kominkiem czekało na niego miejsce przy stole z płonącym stoczkiem, wstążkami, niewielkimi kartami oraz niespokojnymi atevimi - dla każdego podpisać kartę, przyłożyć wstążkę i przypieczętować ją woskiem. Pierwszy podpis i pieczęć, pierwszy zadowolony i zdenerwowany turysta, który otrzymał nagrodę za swoją wycieczkę, a w kolejce czekało jeszcze trzydziestu, zerkając sobie nad głowami na jedyną ludzką twarz, jaką prawdopodobnie kiedykolwiek widzieli, chyba że zapuścili się aż do Shejidan.

    Paidhi był przyzwyczajony do spojrzeń dorosłych. Z dziećmi radził sobie o wiele gorzej. Wyrosły na dramatach machimi o Wojnie. Niektóre z nich były nadąsane. Inne chciały dotknąć ręki paidhiego, żeby zobaczyć, czy jego skóra jest prawdziwa. Jedno zapytało go, czy, jego matka też jest takiego koloru. Kilkoro bało się spojrzeć mu w oczy albo pytało, czy ma broń.

    - Nie, nadi - skłamał z raczej czystym sumieniem - nic podobnego. Teraz mamy pokój. Mieszkam w domu aijiego.

   Któryś z rodziców zapytał:

    - Jesteś na wakacjach, nand' paidhi?

    - Zachwycam się jeziorem - odparł, zastanawiając się, czy próba jego zabójstwa znalazła się już w wiadomościach telewizyjnych w prowincji, z której pochodził mężczyzna. - Uczę się jeździć. - Ulał wosku i przypieczętował wstążkę do karty, - Są tu piękne widoki.

    Zagrzmiało. Turyści spojrzeli z niepokojem na drzwi.

    - Pośpieszę się - rzekł Bren i zaczął obsługiwać kolejkę szybciej, przypominając sobie czarną chmurę, którą widzieli z grzbietu wzniesienia przy krańcu jeziora. To codzienny potop, pomyślał i zadał sobie pytanie, czy to typowe dla tej pory roku i dlaczego Tabini przyjeżdża tu jesienią, a nie w środku lata? Może wie lepiej i wysłał tu paidhiego, żeby ten się utopił?

    A prądu wciąż nie było.

    - To wygląda tak autentycznie - powiedział jeden z gości do sąsiada, patrząc na blask świec.

    Zwiedź łazienki, pomyślał Bren ponuro i zapragnął gorącej kąpieli, na którą podgrzanie wody zajmie przynajmniej pół godziny. Siedząc na twardym krześle, zaczynał czuć się niewygodnie, co było skutkiem siodła i chodu Nokhady oraz rozciągnięcia mięśni, o których istnieniu nie miał dotąd pojęcia.

    Przez otwarte drzwi frontowe wpadł wilgotny, zimny podmuch wiatru. Zachwiał płomieniami świec i prysnął woskiem ze stoczka na wypolerowany drewniany blaty Bren pomyślał, czyby nie zawołać na służbę, żeby zamknęła drzwi, zanim nie zacznie padać, ale nikogo nie było w pobliżu, a on już kończył. Turyści wyjadą za kilka chwil, a od drzwi padało więcej światła, niż dostarczały go świece.

    Zagrzmiało, odbijając się echem od ścian, a Brenowi zostało dwoje ostatnich turystów, starsza para, która poprosiła o "Cztery karty, jeśli paidhi łaskaw, dla wnuków".

    Podpisywał i pieczętował, podczas gdy turyści ze swoimi ozdobionym wstążkami kartami zbierali się przy otwartych drzwiach. Podjeżdżały furgonetki, a powietrze pachniało deszczem, który to zapach ostro kontrastował z wonią wosku.

    Bren podpisał ostatnią kartę, przypieczętował ostatnią wstążkę, dla starca, który powiedział, że jego wnuki to Nadimi, Fari, Tabona i mała Tigarti, której właśnie wyrżnęły się pierwsze ząbki, że jego syn Fedi jest rolnikiem w prowincji Didaini i czy paidhi pozwoli sobie zrobić zdjęcie?

    Wstał, czując sztywność w naciągniętych mięśniach, uśmiechnął się do obiektywu i z takim samym uśmiechem przetrzymał ogólny trzask migawek, kiedy pozostali uznali to za przyzwolenie. Poczuł się o wiele lepiej, pocieszony tym, że turyści okazali się kontaktowi i że nawet dzieci zachowywały się w stosunku do niego o wiele swobodniej. Przypuszczał, że poza nielicznymi osobami, które spotykał na audiencjach w Shejidan, bliżej ze zwykłymi atevimi już się nie zetknie, lecz mimo obecnego sukcesu nawyki jego pracy ograniczyły go do zdawkowej uprzejmości. Odprowadził ich do drzwi i do autobusów - taki dodatkowy gest dobrej woli, mimo chłodu, to zawsze dobre posunięcie, a poza tym polubił tę parę staruszków, którzy szli obok niego i zadawali pytania o rodzinę.

    - Nie, nie mam żony - odpowiedział. - Nie, już o tym myślałem...

    Barb umarłaby z nudów i frustracji w tym klasztorze, w którym żył paidhi. Udusiłaby się wśród wszechobecnej ochrony, a jeśli chodzi o rozwagę - jej życiorys nie wytrzymałby gradu pytań rady, nie przeszłaby przez sito, a Barb... Nie kochał jej, ale była mu potrzebna.

    Do ramienia przysunął mu się jakiś chłopiec i powiedział niezbyt dyskretnie:

    - Zobacz, jaki jestem wysoki.

    Owszem, był. Jego rodzice pośpiesznie go jednak odciągnęli, oznajmiając, że takie słowa są bardzo insheibi, niedyskretne, niegrzeczne i niebezpieczne, i prosząc paidhiego o wybaczenie, bardzo uprzejmie zapytali, czy mogą się z nim sfotografować, gdyby tylko ktoś z personelu paidhiego zechciał zrobić zdjęcie?

    Uśmiechnął się po ateviemu, cierpliwie zaczekał, aż się ustawią, i przybrał tak cywilizowaną i swobodną minę, na jaką tylko było go stać. Trzasnęła migawka.

    Kiedy odchodził od dwojga atevich, nastąpiła istna lawina trzasków migawek pozostałych aparatów.

    Oraz trzy ciche puknięcia, dochodzące zza otwartych drzwi. Bren odwrócił się z zamarłym sercem, rozpoznawszy dźwięk wystrzałów, lecz ktoś chwycił go za rękę i przyparł do otwartych drzwi, podczas gdy turyści wybiegli hurmem pod portyk na deszcz.

    Zabrzmiał jeszcze jeden strzał. Turyści zrobili owację.

    Brena przyduszał Tano, a on nawet nie wiedział, że Tano jest w pobliżu.

    - Zostań tu - polecił mu Tano i wyszedł na dwór, trzymając dłoń na kolbie pistoletu.

    Nie mógł tu tak stać ani nie wiedząc, co się dzieje, ani nie znając grożącego mu niebezpieczeństwa. Zaryzykował rzut oka za oddalającymi się plecami Tano, wystawiając głowę, a resztę ciała chroniąc za masywnymi drzwiami. W przerwach między szpalerem turystów zobaczył mężczyznę leżącego w deszczu na kamiennych płytach i kilka atewskich postaci schodzących z trawnika na kolisty podjazd w pobliżu armaty. Widziani przez zasłonę deszczu, stanowili ledwie widoczne cienie. Kierowca autobusu, który nie zwracał na zajście najmniejszej uwagi, krzyczał na swoich pasażerów, żeby wsiadali, że czeka ich dzisiaj długa podróż i lekki obiad nad jeziorem, jeśli pogoda na to pozwoli.

    Turyści wsiedli do autobusu, a atewskie cienie otoczyły postać leżącą na podjeździe. Bren uznał, że strzelanina już się skończyła. Wyszedł przed drzwi. Uderzyły go wilgotne podmuchy wiatru. Nadbiegł Tano.

    - Wejdź do środka, nand' paidhi - polecił. Pierwsza furgonetka odjeżdżała Turyści przyciskali twarze do szyb, kilku z nich machało rękami. Bren im też pomachał - cóż za beznadziejny nawyk - zmrożony groteskowym widokiem ich twarzy. Furgonetka objechała armatę i Brena minął drugi autobus.

    - Wszystko jest pod kontrolą, nand' paidhi, wejdź do środka. Myślą, że to machimi dla turystów, wszystko w porządku.

    - W porządku? - Powstrzymał oburzenie i uspokoił głos. Kto został zabity? Kto to jest?

    - Nie wiem, nand' paidhi, spróbuję się dowiedzieć, ale nie mogę cię zostawić tu na dole. Proszę cię, idź na górę.

    - Gdzie jest Banichi?

    - Gdzieś tam - odparł Tano. - Wszystko jest w porządku, nadi, chodź, zaprowadzę cię do twojego apartamentu. - Zaskrzeczał kieszonkowy komunikator Tano. Tano włączył go jedną ręką. Mam go - powiedział do mikrofonu. Bren pomyślał, że to głos Banichiego, dzięki Bogu, że to Banichi, ale gdzie jest Jago? Usłyszał, jak Banichi mówi coś szyfrem, coś o jakimś rozwiązanym problemie, a potem inny głos - rozpoznawanie płci atevich po głosie nie zawsze było łatwe - powiedział coś o drugim zespole i że wszystko jest w porządku.

    - Wdowa - odezwał się cicho Bren, zadając sobie nagle pytanie, bo w obliczu zwłok na terenie posiadłości człowiek musiał je zadać, czy Ilisidi jest w to jakoś zamieszana, czy nic jej się nie stało, czy może wraz z Banichim jest w jakiś sposób autorką tego zajścia?

    - Absolutnie bezpieczna - odparł Tano i znów delikatnie go popchnął. - Proszę cię, nadi, Banichiemu nic się nie stało, nikomu nic się nie stało...

    - Kto zginął? Ktoś z zewnątrz? Ktoś z personelu?

    - Nie jestem pewien - powiedział Tano - ale proszę cię, nadi, nie utrudniaj nam pracy.

    Pozwolił się więc odciągnąć spod drzwi, z dala od falującej mgły, od której wilgło i lodowaciało ubranie, dał się poprowadzić przez mroczny hol i w górę po schodach. Przez cały czas myślał o cieniach w deszczu, o Banichim kręcącym się gdzieś na zewnątrz i o zwłokach leżących na brukowanym podjeździe tuż obok klombów i pamiątkowej armaty...

    Myślał też z niepokojem o zeszłonocnym alarmie, o przejażdżce niespełna godzinę temu z Ilisidi i Cenedim, podczas której stanowili tak łatwy cel. Wróciło żywe wspomnienie tamtej nocy w Shejidan, odrzutu pistoletu, z którego strzelił, i Jago mówiącej, niczym w koszmarze, że na tarasie jest krew. Tak jak tutaj, na trawniku w deszczu.

    Kiedy wchodził po schodach, zaczęły mu drżeć kolana. Zanim dotarł do drzwi apartamentu, zrobiło mu się niedobrze, jakby to rzeczywiście była tamta noc, jakby wszystko znów wymykało mu się spod kontroli.

    W ostatniej chwili Tano wyprzedził go o dwa kroki i otworzył drzwi do pokoju przyjęć, do pozornego schronienia, gdzie uderzyła Brena ściana ciepłego powietrza, a z okna oślepionego deszczem wlewała się fala światła. Zamigotała błyskawica, zalewając na chwilę okno bielą. Turyści zjeżdżali z góry w ulewie. Ich obiad nad jeziorem był bardzo niepewny.

    Ktoś wtargnął zeszłej nocy na teren posiadłości i leżał teraz martwy na podjeździe. Jego plany zawiodły. Brenowi trudno było uwierzyć, że nikt ich nie zna.

    Tano zadzwonił na innych służących i zapewnił Brena cichym głosem, że zaraz przyniosą herbatę.

    - Kąpiel - odparł Bren - jeśli to możliwe.

    Nie chciał teraz mieć do czynienia z Djinaną i Maigim, chciał Tano, chciał towarzystwa osób, o których wiedział, że są związane z Tabinim - bał się jednak powiedzieć o tym Tano, jakby pytanie o ich plany mogło zmienić się w wyzwanie rzucone tej zmowie milczenia, w znak, że więzień nabrał chęci do buntu, w ostrzeżenie, że jego strażnicy powinni być ostrożniejsi...

    Kolejna głupia myśl. Chciał mieć przy sobie Banichiego i Jago, a Tano powiedział, że jego osobiste potrzeby mogą jedynie przeszkodzić Banichiemu w dochodzeniu, jakie właśnie prowadził. Jego potrzeba, by dowiedzieć się; o co chodzi, nie dorównywała potrzebie Banichiego, by pójść za tym tropem w deszczu. Jemu musiało wystarczyć przepytywanie personelu, w jaki sposób ten ateva dostał się do środka, czy przyjechał autobusem, a może Banichi popełnił straszliwy błąd i to był po prostu jakiś biedny nieświadomy turysta, który wszedł na trawnik, żeby lepiej ustawić się do zdjęcia.

    Pasażerowie autobusu chyba zauważą nieobecność jednej osoby? Czy któraś z grup nie zapyta, dlaczego jedno miejsce jest puste albo kto to był, albo czy to tylko machimi, jakiś aktor, pouczająca rozrywka? Czyż nie jest to historycznie kształcąca scena, tu w Malguri, gdzie podczas spacerów zdarzały się śmiertelne wypadki?

    Djinana i Maigi stawili się szybko, odebrali Brena spod opieki Tano i usadzili w salonie przed kominkiem, rozbierając go po drodze z wilgotnego kaftana i pytając o śniadanie z wdową. Jakby nie przyjechali żadni turyści, jakby na zewnątrz nic się nie działo, jakby niczyje życie nie było w niebezpieczeństwie...

    Gdzie jest Algini? - pomyślał nagle Bren. Nie widział partnera Tano od wczoraj, a ktoś tam leżał martwy. Nie widział Alginiego zeszłej nocy, tylko same cienie przechodzące przez jego pokój. Nie widział Alginiego może od przedwczoraj... Po tym wypadku z herbatą stracił poczucie czasu.

    Tano nie wyglądał na zmartwionego. Atevi jednak nie zawsze wszystko wyrażali twarzą. Nie zawsze wyrażali, co czują, jeśli w ogóle coś czuli, i nie było wiadomo...

    - Włącz grzejnik - rzekł Maigi do Djinany i otulił Brenowi nogi kocem. - Nadi, zechciej usiąść i ogrzej się. Pomogę ci zdjąć buty.

    Bren osunął się na krzesło przed kominkiem, a Maigi ściągnął mu buty. Ręce miał lodowate, a stopy, bez najmniejszego powodu, zimne.

    - Ktoś został zastrzelony - odezwał się w nagłym przypływie brawury, chcąc przełamać milczenie Maigiego w tej sprawie. - Wiesz o tym?

    - Jestem pewien, że wszystko jest pod kontrolą. - Maigi ukląkł na dywanie, energicznie rozcierając mu prawą stopę. Oni są bardzo dobrzy.

    Banichi i Jago, to chyba chciał powiedzieć Maigi. Bardzo dobrzy. Ktoś nie żył. Może to już koniec i jutro będzie mógł wrócić tam, gdzie działa jego komputer i przychodzi poczta.

    Przy ciągłym braku prądu, kręcących się po zamku turystach i wdowie wystawiającej ich wszystkich na niebezpieczeństwo podczas porannych przejażdżek?

    Jeśli Banichi wiedział, że ktoś dostał się na teren posiadłości, to dlaczego nie dał żadnego ostrzeżenia? Dlaczego nie dotarło do niego ostrzeżenie Banichiego o turystach?

    A może Jago coś mu wczoraj powiedziała, coś o wycieczce, ale on tego nie pamiętał, do diabła, myślał o tej innej sprawie, w którą się wplątał, i wyleciało mu to z głowy.

    Nie była to więc ich wina. Ktoś go ścigał, a on wszedł między turystów, gdzie mógł zostać zastrzelony ktoś inny - gdyby jego ochroną jakoś go nie obroniła swoją obecnością, w imię finezji.

    Zrobiło mu się zimno. Maigi otulił go kocem i przyniósł gorącą herbatę. Bren siedział z nogami wyciągniętymi w stronę ognia, a za oknem grzmiało i deszcz siekł w szyby. Jego apartament znajdował się jedno piętro ponad zwieńczeniem murów. Okno wychodziło na pustą przestrzeń nad jeziorem. Hałas był taki, jakby sypało żwirem. Albo jakby padał grad. Bren zastanawiał się, w jaki sposób okna to wytrzymują, czy są jakoś wzmocnione i czy są, biorąc pod uwagę pobliski mur i możliwość, że ktoś na niego wejdzie, także kuloodporne.

    Zeszłej nocy Jago nie chciała, żeby przy nim stał. Algini zniknął poprzedniego dnia Zabrakło prądu.

    Siedział tak i przebiegał w myślach poranne wydarzenia: śniadanie, przejażdżkę, zachowanie Ilisidi i Cenediego, turystów i Tano. Najlepiej pamiętał uszczęśliwione twarze i machające do niego z autobusu ręce, jakby wszystko to widział w telewizji, jakby wszystko było dramatem machimi. Wyprawił się na wycieczkę po okolicy, spotkał się z atevimi, których przekonał, żeby się go nie bali, jak te dzieci czy para staruszków, i ktoś został na ich oczach zastrzelony.

    Przedtem on sam wystrzelił, jednocześnie dowiedział się, że chce strzelać tak, by zabić, ze strachu, z - jak odkrył - strasznego gniewu, od którego wciąż jeszcze się Uząsł - gniewu, o który się nie posądzał, o którym nie wiedział, skąd się wziął i do czego zmierza albo czy jest skierowany przeciwko niemu samemu, atevim czy jakiejś określonej sytuacji.

    Ten alarm zeszłej nocy nie był fałszywy - albo, jak powiedziałaby Barb, był to piekielny zbieg okoliczności. Może Banichi sądził, że Bren jest bezpieczny, a napastnik po prostu wdarł się na jego teren. Może cały czas śledzili zabójcę i pozwolili Brenowi pojechać rano z Ilisidi w nadziei, że wywabi go z ukrycia.

    Za dużo telewizji, powiedział Banichi w jego pokoju tamtej nocy śmierdzącej prochem, nocy deszczu na tarasie. Za dużo dramatów machimi.

    Za dużo strachu na twarzach dzieci. Za dużo pokazujących palców.

    Chciał dostać swoją pocztę, do cholery, choćby same katalogi, obrazki do oglądania. Nikt mu ich jednak nie przyniesie. Może Hanks już zauważyła jego nieobecność, próbowała się dodzwonić do jego biura i nie dostała połączenia.

    Powiedzą, że jest na wakacjach z Tabinim. Hanks może się domyśli. Śledzą przecież transmisje atevich. W tej sprawie jednak nie postawią się Bu - javid. Kiedy zorientują się, że coś jest nie tak, dalej będą monitorować przekazy, usiłując go znaleźć - i obarczą go winą za niewykonywanie obowiązków. Hanks zacznie się pakować, żeby przejąć jego stanowisko. Hanks zawsze miała mu za złe, że jest lepszy od niej.

    A Tabini nie będzie w stanie ścierpieć Hanks. Mógłby o tym powiedzieć członkom komisji, gdyby nie uznali, że robi to we własnym interesie i że jest to efekt zatargu między nim i Hanks.

    Jeśli jednak jest tak cholernie dobry w przewidywaniu posunięć Tabiniego - albo w odczytywaniu sytuacji - to nie może tego stąd udowodnić. Nie wykonał tego zasadniczego telefonu, nie uczulił Mospheiry na tę sytuację...

    Boże, ależ to było głupie. Spanikował przez jakiegoś pomyleńca, a teraz widzi koniec Traktatu, jakby przez te wszystkie stulecia atevi tylko czekali, żeby podjąć wojnę, ukrywając program budowy - pocisków, który sami stworzyli, i wystrzeliwując rakiety na Mospheirę.

    Było to tak samo głupie jak atewski pomysł satelitów latających nad planetą i rażących ją promieniami śmierci. Owszem, stosunki między Mospheirą i Shejidan bywały napięte. Administracja Tabiniego była najmniej skryta, najbardziej komunikatywna ze wszystkich administracji, z jakimi mieli kiedykolwiek do czynienia.

    Promienie śmierci, mawiał Tabini i wybuchał śmiechem. Zapraszał go na kolację, kiedy tajemnie oddawali się, wspólnym ludziom i atevim, występnym nałogom. Śmiej się, mawiał Tabini. Bren, głupcy są na Mospheirze i w Bu javid. Nie traktuj ich poważnie.

    Spokojna ręka, Bren -ji, jakbyś pokazywał palcem, nie ma żadnej różnicy.

    Dobry strzał, świetny strzał, Bren...

    Deszcz uderzał o szyby. Zmywał dowody. Autobusy odjeżdżały drogą, turyści się śmiali, zdumieni i rozbawieni spotkaniem. Nie nienawidzili go. Chcieli zrobić mu zdjęcia, żeby udowodnić sąsiadom jego istnienie...

    - Nadi - odezwał się Djinana od drzwi. - Kąpiel gotowa.

    Zebrał się w sobie, wstał, owinął się kocem i poszedł z Djinaną przez sypialnię, korytarz i wilgotną wygódkę do przegrzanej łazienki, gdzie mógł wreszcie zrzucić koc i resztę ubrania i zanurzyć się po szyję w ciepłej, parującej wodzie.

    Wokół niego unosiły się kłęby pary. Woda spotęgowała bóle, do których nie chciał się przyznać. Mógł leżeć, moczyć się i gapić głupio w starożytne sztukaterie - zadawać sobie ważne pytania, takie jak: dlaczego wanna nie przebiła się przez podłogę, skoro cała reszta drugiego piętra jest z drewna?

    Albo dlaczego oba zestawy służby nie poinformowały się nawzajem o alarmie zeszłej nocy i dlaczego Cenedi pozwolił im na przejażdżkę?

    Rozmawiali o armacie i dawnych wojnach.

    Wszystko się zlewało. Kamienie, niepewność, wiek, gorąco, zagrożenie życia. Nie docierały tu odgłosy burzy. Tylko od czasu do czasu dawało się odczuć przez kamienie wibracje grzmotów, brzmiących jak wystrzały z dawnych armat.

    A wszyscy mówią: "Nic się nie stało, nand' paidhi, nie ma się czym przejmować, nand' paidhi...".

    Usłyszał gdzieś na zewnątrz kroki. Jakieś zamierające głosy.

   Może to wraca Banichi. Albo Jago czy Tano. Może nawet Algini, jeśli żyje i nic mu nie jest. Nic w tym domu nie wydawało się wymagać pośpiechu. Jeśli zawiodła wyższa technika, działał palnik na metan.

    Paidhi przyzwyczaił się, że jego los spoczywa całkowicie w cudzych rękach. On nie mógł nic zrobić. Nie miał dokąd Pójść.

    Leżał nieruchomo w wodzie, poruszając palcami u nóg, zdrętwiałymi i otartymi przez buty, oraz stopami sztywniejącymi z wysiłku spowodowanego utrzymywaniem się na grzbiecie mecheity. Pewnie przez cały czas zaciskał nogi. Tkwił w wannie, pozwalając stygnącej wodzie wyciągnąć z niego wszystkie dolegliwości. W końcu wyszedł i wytarł się do sucha - Djinana chętnie by mu pomógł, lecz Bren nie przyzwyczaił się do takiej obsługi przez własnych służących, a co dopiero obcych. I tutaj.

    Włożył więc przygotowany przez Djinanę szlafrok i wrócił do gabinetu, żeby usiąść przy własnym bezpiecznym ogniu, poczytać książkę i zaczekać, aż otrzyma jakieś informacje, uwolnią go czy też piekło zamarznie - cokolwiek nadejdzie jako pierwsze.

    Może wzięli zabójcę żywcem. Może zadają pytania i otrzymują odpowiedzi. Może Banichi nawet mu powie, czy tak jest...

   A może nie.

    - Kiedy będziemy mieli prąd? - zapytał Djinanę, kiedy ten przyszedł, żeby zapytać, czy paidhi jeszcze czegoś sobie życzy. - Czy jest jakiś przybliżony termin?

    - Jago mówiła coś o zamówieniu nowego transformatora odparł Djinana - i przywiezieniu go koleją z Raigan. Coś się spaliło w elektrowni między nami i Maidingi. Nie wiem, co. Paidhi prawdopodobnie zna się na działaniu sieci o wiele lepiej ode mnie.

    Tak było. Nie zdawał sobie sprawy, że jest i podstacja. Nikt mu o tym nie mówił - tylko że jedna czwarta Maidingi czeka na tę samą naprawę. To logiczne, że elektrownia przyciąga pioruny, ale to, że nikt w promieniu stu mil nie potrafi przywrócić prądu w okręgu bez sprowadzenia części zapasowych, nie trzymało się kupy.

    - To nie jest uboga prowincja. Coś takiego musi się tu zdarzać od czasu do czasu. Czy dzieje się tak każdego lata?

    - Och, czasami - odrzekł Djinana. - Zeszłego lata dwa razy:

    - Czy zdarza się, że dostają się tu zabójcy? Czy to się zdarza?

    - Zapewniam cię, że nie, nand' paidhi. Teraz wszystko jest już w porządku.

    - Czy on nie żyje? Czy wiadomo, kto to był?

    - Nie wiem, nand' paidhi. Nie powiedzieli nam. Jestem pewien, że usiłują się tego dowiedzieć. Nie przejmuj się takimi rzeczami.

    - To chyba naturalne, że przejmuję się czymś takim - mruknął, spoglądając na książkę. Nieładnie było odbijać sobie zdenerwowanie na Djinanie i Maigim, którzy tu tylko pracowali i którzy traktowali reputację Malguri w sposób bardzo osobisty. - Chciałbym się napić herbaty, Djinano, dziękuję.

    - Z kanapkami?

    - Chyba nie, Djinano, dziękuję, ale nie. Posiedzę tu sobie i poczytam.






    Po jeziorze pływały statki - widma. Jednym z nich był statek pasażerski, który wciąż zawijał do portów w zimowe noce. Raz nawet był w porcie Maidingi, w pełnym blasku latarń, i próbował brać na pokład osoby nieostrożne oraz zasłużenie potępione, ale wsiadł tylko sędzia miejski, przed stu laty, i odtąd statek już nie zawinął do żadnego portu.

    Czasami podczas burz pojawiała się też łódź rybacka - raz, niecałe dwadzieścia lat temu, ukazała się załodze uszkodzonego trałowca, który nabierał wody i zaczynał tonąć. Przesiedli się wszyscy oprócz dwóch osób - kapitan wraz z synem postanowili zostać na uszkodzonym trałowcu. Łódź rybacka, która według wszystkich była stara i zdezelowana, odpłynęła z załogą i nikt już jej więcej nie oglądał.

    Wszystko w tych legendach zdawało się polegać na źle. ulokowanym zaufaniu, chociaż atevi nie mieli na to określenia: duchy traciły wszelką moc, jeżeli ofiary nie wierzyły w to, co widzą, albo jeżeli zdawały sobie sprawę, że sytuacja jest zbyt piękna, żeby była prawdziwa, i nie dawały się oszukać.

    Banichi wciąż nie wracał. Maigi i Djinana przyszli zapytać, co Bren chce zjeść na kolację, i polecili mu dziczyznę - jakieś płochliwe, zimnokrwiste stworzenie, które jemu nie wydawało się apetyczne, chociaż wiedział; że służący uważają je za przysmak. Poprosił o skorupiaki. Maigi uznał spełnienie tego życzenia za łatwe, chociaż, jak powiedział Djinana, o tej porze roku mięczaki mogą nie być najlepsze: poślą do miasteczka, gdzie może uda się je kupić, ale na stole mogą się znaleźć dopiero za jakieś dwie, trzy godziny.

    - Mogę zaczekać - powiedział Bren i dodał: - Niech odłożą trochę więcej na jutrzejszy obiad.

    - Nie ma lodu - oznajmił przepraszającym tonem Djinana.

   - Może w miasteczku.

    - Ateva może się dowiedzieć, nadi. Jednak spora część miasteczka nie ma prądu, a większość domów na pewno wykupiła lód na zapas. Zapytamy...

    - Nie, nie, nadi, proszę cię. - W okresach rozpaczy żył mięczakami. - Inni niewątpliwie potrzebują tego lodu. A jeżeli nie da się ich przechować; nie ryzykujcie, proszę. Jeśli w domu udałoby się gdzieś znaleźć grzankę z owocami i herbatę, to zupełnie mi to wystarczy. Nie jestem specjalnie głodny.

    - Nadi, musisz zjeść coś więcej niż grzanka z herbatą. Nie jadłeś obiadu.

    - Muszę wyznać, Djinana - nadi, że te sezonowe dania są dla mnie bardzo mocne. To różnica w percepcji. Jesteśmy dość wrażliwi na alkaloidy. W daniach mięsnych mogą się one łatwo znaleźć, a unikanie ich jest dla mnie sprawą absolutnie zasadniczą. Jeżeli byłby jakiś kabiu wybór owoców czy warzyw... Aiji - wdowa jadła bardzo dobre bułeczki śniadaniowe, które mi smakują.

    - Na pewno powiem o tym kucharzowi. L.. - Djinana zrobił konspiracyjną minę. - Chyba został z zeszłego miesiąca wędzony udziec. Jeśli to resztka, to z pewnością nie jest nie - kabiu: Zawsze odkładamy kilka kawałków pieczeni.

   Przechowywane mięso. Poza sezonem. Niech Bóg ma ich w opiece.

    - Nigdy nie wiemy, ilu będzie gości - powiedział Djinana z kamienną twarzą. - Bardzo nie lubimy, kiedy kończy nam się jedzenie.

    - Djinana - nadi, uratowałeś mi życie.

    Djinana był wielce rozbawiony, bardzo zadowolony z rozwiązania i przed wyjściem ukłonił się dwa razy.

    Na resztę popołudnia Bren wrócił do swoich widmowych statków i bezgłowych kapitanów trałowców, które pływały wzdłuż wybrzeży Malguri podczas burz. Podobno kiedy miała się wydarzyć jakaś katastrofa, odzywał się dzwon.

    Zamiast tego otworzyły się drzwi, w salonie dało się słyszeć skrzypienie wilgotnych butów i do gabinetu wszedł przemoczony i bardzo zmęczony Banichi, który powiedział:

    - Zjem z tobą kolację, nadi.

    Zatrzasnął książkę i chciał powiedzieć, że większość osób czeka na zaproszenie, że Banichi jest niegrzeczny i że on sam zaczyna mieć dość mijania go bez słowa, ignorowania, mówienia do niego z góry i ogólnego traktowania jak niesforne dziecko.

    - Cieszę się, że będę miał towarzystwo - rzekł Bren i przekonał samego siebie, iż rzeczywiście jest zadowolony, że będzie miał z kim porozmawiać. - Powiedz Djinanie, żeby dołożył jeszcze jedno nakrycie. Czy Jago też będzie?

    - Jago poleciała do Shejidan. - Banichi szedł do pokojów służby i łazienki; i jego głos dobiegł Brena z sypialni. - Wróci jutro.

    Nie zapytał nawet, po co. Nie zapytał, dlaczego samolot miałby startować w środku burzy, już drugi od południa, skoro prawdopodobnie był to samolot aijiego i mógł latać według własnego rozkładu. Banichi zniknął w tylnym korytarzu i po chwili Bren usłyszał szum wody z łazienki. Boiler powinien jeszcze być włączony. Banichi nie musiał czekać na swoją kąpiel.

    Bren wrócił do widmowych dzwonów, bezgłowych ofiar i całych załóg, które przepadały w niesławnej atmosferze Maidingi, zawsze żywiącej się nieszczęściem innych, kiedy w Malguri przebywał jakiś aiji.

    Tak mówiła książka, a atevi, którzy nie wierzyli we wszechmocnych bogów i uważali, że wszechświatem i jego pseudoboskimi siłami rządzi baji i naji, wierzyli przynajmniej, że naji może przepływać od jednej osoby do drugiej - albo wierzyli w to dawniej, zanim stali się nowocześni, cyniczni i oświeceni i zanim zdali sobie sprawę, że większa siła ognia może przynieść szczęście osobom; które zupełnie, na to nie zasługują.

    Przesiedział w szlafroku całe popołudnie, nabawiając się podrażnień na bardzo intymnych częściach ciała. Nie chciało mu się ruszać, a co dopiero ubierać do kolacji - skoro Banichi sam się wprosił, to może znieść jego nieoficjalny strój.

    Banichi pojawił się w gabinecie ubrany jedynie w czarną koszulę, spodnie i wysokie buty - co było nieco bardziej formalnym strojem, ale tylko nieco - bez kaftana i z warkoczem ociekającym wodą.

    - Paidhi-ji - rzekł z ukłonem.

    - Służę drinkiem - odparł Bren, ponieważ sam ostrożnie raczył się aperitifem z własnych bezpiecznych zapasów. Miał butelkę dimagi, której nie mógł pić bez bólu głowy, a później poważniejszych skutków - jak przypuszczał, znakomitej dimagi, ponieważ dał mu ją Tabini. Nalał jej Banichiemu hojną ręką.

    - Nadi - rzekł Banichi, ujmując kieliszek z westchnieniem, i usadowił się przy ogniu na krześle stojącym po przeciwnej stronie kominka.

    - A zatem? - Trunek zapiekł Brena w rozciętą wargę. - Ktoś nie żyje. Czy to była ta sama osoba, która wtargnęła do mojej sypialni?

    - Nie mamy pewności - odparł Banichi.

    - To nie był żaden zabłąkany turysta.

    - Żaden turysta. Zawodowiec. Wiemy, kto to jest.

    - I nadal żadnego zgłoszenia waśni?

    - To bardzo niepokojący aspekt całej sprawy. Ten mężczyzna miał licencję. Robiąc to, co zrobił, ryzykował wszystkim. Zostanie wykreślony z list, pozbawiony korzyści płynących z wykonywania zawodu, jego instruktorzy będą zhańbieni. To nie są błahe sprawy.

    - Przykro mi z powodu jego instruktorów - rzekł Bren.

    - Mnie też, nadi, To byli i moi instruktorzy.

    Impas. Banichi - i ten nieznany mężczyzna - mieli jakieś powiązania? Koledzy ze studiów?

    - Znasz go?

    - Często się spotykaliśmy na gruncie towarzyskim.

    - W Shejidan?

    - Syn znamienitej rodziny. - Banichi pociągnął łyk i wpatrzył się w płomienie. - Jago eskortuje ciało i wiezie sprawozdanie dla Gildii.

    Nie jest to dobry dzień, pomyślał Bren, straciwszy cały apetyt na kolację. Banichi patrzył na niego beznamiętnym, mrocznym wzrokiem, z którego nic nie potrafił odczytać - ani zdania Banichiego, ani jakie zobowiązania miał względem Tabiniego w przeciwieństwie do swojej Gildii czy tamtego mężczyzny, ani gdzie teraz spoczywa jego man'chi.

    - Bardzo mi przykro. - Nie potrafił powiedzieć nic więc

    - Masz prawo do odwetu.

    - Nie chcę brać żadnego odwetu. Nie chciałem tej awantury, Banichi.

    - Teraz ją wywołali.

    - Z tobą? - Bren poczuł wzbierającą rozpacz. Zaczął mu się buntować żołądek. Rozbolały go zęby. Siedzenie sprawiało ból - Banichi, nie chcę, żeby tobie albo Jago coś się stało. Nie chcę żeby ktokolwiek zginął.

    - Ale oni tego chcą, nadi. To jasne. Pewien zawodowiec zgadzał się z nimi na tyle, by złamać prawo Gildii - dla man` nadi. To właśnie musimy wykryć - z kim było związane je man'chi? Tylko ono mogło go pchnąć do czynu.

    - A skoro twoje jest związane z Tabinim...?

    Banichi zawahał się, po czym powiedział ponuro:

    - To postępują wysoce nierozważnie.

    - Nie możemy ich aresztować? Złamali przecież prawo, nichi. Nie mamy jakiejś możliwości zatrzymania ich za pośrednictwem sądu?

    - To - odparł Banichi - byłoby bardzo niebezpieczne. Bo nie powstrzymałoby ich. To Bren rozumiał. Nie mogłoby ich legalnie powstrzymać, dopóki nie zostanie wydany wyrok na jego korzyść.

    - Wystarczy, że wniosą pozew o zniewagę - rzekł Bani - albo pogwałcenie interesów. A w jaki sposób ty możesz bronić? Nikt nie rozumie twoich powiązań. Sąd nie ma środków, by je wykryć.

    - A moje słowo nic nie jest warte? Moje man'chi jest związane z Tabinim, tak jak twoje. Muszą przecież o tym wiedzieć.

    - Ale nie wiedzą - odrzekł Banichi. - Nawet ja nie wiem tego z całkowitą pewnością, nadi. Wiem tylko to, co mi powiesz.

    Brenowi zrobiło się zimno i poczuł się zupełnie odizolowany. I zły.

    - Nie jestem kłamcą. Nie jestem kłamcą, Banichi. Nie współzawodniczyłem przez piętnaście lat moimi najlepszymi rodakarni, żeby tu przybyć z kłamstwami.

    - Przez piętnaście lat.

    - Żeby mnie wysłano do Shejidan. Żeby zająć stanowisko, które zajmuję. Żeby być tłumaczem dla atevich. Ja nie kłamię, Banichi!

    Banichi patrzył na niego przez długą, milczącą chwilę.

    - Nigdy? Sądziłem, że takie jest zadanie paidhiego.

    - Nie w tej sprawie.

    - Do jakiego stopnia wybiórczy ośmielamy się być? Kiedy ty kłamiesz?

    - Po prostu dowiedz się, kto go wynajął.

    - Do działania nie mógł go zmusić żaden kontrakt.

    - A co mogło?

    Banichi nie odpowiedział. Patrzył tylko w ogień.

    - Co mogło, Banichi?

    - Nie znamy myśli martwej osoby. Pragnąłbym jedynie, żeby Cenedi nie był taki dokładny.

    - Zastrzelił go Cenedi. - A więc wiadomo, gdzie ulokowali swoją lojalność, przynajmniej Cenedi i Ilisidi. Bren odczuł ulgę.

    Banichi nie wydawał się jednak w pełni zadowolony z Cenediego. Albo z efektu jego działania. Nie odrywając wzroku od ognia, Banichi upił łyk z grzejącego mu się w rękach kieliszka.

    - Ty się jednak martwisz - rzekł Bren.

    - Zdecydowanie nie podobają mi się te pojazdy dostawcze. To nieusprawiedliwione ryzyko. Z turystami jest przynajmniej ktoś, kto ich liczy.

    - Myślisz, że tak się dostał do środka?

    - Bardzo możliwe.

    - Nie będzie już więcej wycieczek, prawda?

    - Rezerwacje są robione z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Turyści byliby niepocieszeni.

    Czasami Bren zderzał się z atewskim sposobem myślenia, którego nie rozumiał. Ani się go spodziewał.

    - Te osoby znalazły się w niebezpieczeństwie, Banichi! - Nie z jego ani naszej strony.

    Finezja. Biichi -ji.

    - Tam były dzieci. Widziały, jak kogoś zastrzelono.

    Banichi patrzył na niego, jakby czekał na końcowy sensowny wniosek. Jakby zupełnie zmienili temat.

    - Tak nie można, Banichi. Oni myśleli, że to machimi! Myśleli, że to jak w telewizji!

    - No to nie czuli się urażeni. Prawda?

    Zanim udało mu się nadążyć za tą linią rozumowania, przyszli z wewnętrznych pomieszczeń Djinana i Maigi z wózkiem z kolacją.

    Był wybór potraw - te odpowiednie dla pory roku oraz plastry przechowanej pieczeni. Kiedy usiedli w jadalni i półmiski zostały odkryte, Banichiemu zaświeciły się oczy. Czy był w stanie żałoby, czy planował zabójstwo - Banichi bez wahania nałożył sobie na talerz, najwyraźniej nie cierpiąc na brak apetytu.

    Kucharz przygotował niezwykle artystycznie ułożoną kompozycję z owoców przyrządzonych na różne sposoby. To było miłe. Człowiek mógł pominąć spreparowaną głowę niesezonowego zwierzęcia w roli przykrywki rondla, lecz Banichi uniósł ją za uszy i delikatnie odłożył na bok, na szczęście z drugiej strony naczynia: Ze ścian patrzyły inne martwe zwierzęta.

    - To jest znakomite - oświadczył Banichi.

    Bren bawił się pokrojonym w plastry mięsem. Nerwy miał napięte. Siedzenie na krześle sprawiało mu ból. Wziął nóż i odkroił kęs, usiłując zapomnieć o duchach i zabójcach. Smak okazał się wspaniały, więc Bren dołożył sobie jeszcze mięsa i polał warzywa dużą ilością ostrego przepysznego sosu.

    - Czy są może jakieś wiadomości o mojej poczcie? - zapytał w ciszy zapadłej podczas jedzenia. - Wiem, że masz ręce pełne roboty, ale...

    - Mam, jak to osobliwie nazywasz, ręce pełne roboty. Może Jago nie zapomni sprawdzić.

    - Mógłbyś do niej zadzwonić. - Zalała go fala złości. A może niejasnej rozpaczy. - Czy ktokolwiek wytłumaczył moim zwierzchnikom, dokąd i dlaczego pojechałem?

    - Naprawdę nie wiem, paidhi-ji.

    - Chcę, żebyś im przekazał wiadomość. Chcę, żebyś mnie z nimi połączył przez wasz system łączności. Wiem, że możesz to zrobić z posterunku ochrony.

    - Nie bez zezwolenia. Jeśli paidhi korzysta z naszych kanałów ochrony, to jest to posunięcie publiczne. Rozumiesz, że taka polityczna deklaracja dałaby broń do ręki przeciwnikom twoim i Tabiniego.

    - A co się stało z ochroną?

    - Nadal o wiele lepszy byłby kurier. O wiele lepszy, nadi. Przygotuj to oświadczenie. Wyślę je, kiedy tylko ktoś z nas wyjedzie ze sprawozdaniem.

    Banichi mu nie odmówił. Banichi nie powiedział "nie". Wciąż jednak wszystko sprowadzało się do zwlekania. "Zapomniałem". "Są po temu powody".

    Resztę mięsa zjadł w milczeniu, uważając na zranione usta. Pytania wciąż nie dawały mu spokoju.

    - Czy ten brak prądu to przypadek?

    - Najprawdopodobniej. Pogrążyć w ciemności jedną czwartą domów w okręgu Maidingi? To nie jest styl Gildii.

    - Ale zeszłej nocy wiedziałeś. Wiedziałeś, że ktoś dostał się na teren posiadłości.

    - Nie wiedziałem. Podejrzewałem. Włączył się alarm graniczny.

    Doprawdy? pomyślał Bren z goryczą. Zapytał jednak o coś innego:

    - Gdzie jest Algini?

    - Wróci z Jago.

    - Wyjechał z Jago?

    - Poleciał rejsowym samolotem. Wczoraj.

    - Ze sprawozdaniem?

    - Tak:

    - Na jaki temat? Wybacz mi szczerość, Banichi-ji, ale nie sądzę, że można tu przeprowadzić jakieś śled2two - owszem, żeby zidentyfikować osoby działające tu na miejscu, ale ani przez chwilę nie wierzę, żeby Tabini dokładnie nie wiedział, co jest nie tak i kto za tym stoi. Nie wierzę, że ty tego nie wiesz. Nie wierzę, że nie wiedziałeś, gdzie byłem dziś rano.

    - Głównie za grzbietem, sporo czasu. Zauważyłem, że utykasz.

   Ból nie polepszył Brenowi nastroju.

    - Mogłeś mnie ostrzec.

    - O czym? Że Ilisidi może się wybrać na przejażdżkę? Często to robi.

    - Do cholery, gdybyś mi powiedział, że istnieje niebezpieczeństwo snajpera, gdybyś mi powiedział, że oddalimy się od zamku, to mógłbym wymyślić jakieś rozsądny wykręt.

    - Miałeś rozsądny wykręt. Mogłeś powołać się na niedawną niedyspozycję. Wątpię, czy zanieśliby cię do stajni siłą.

    - Nie powiedziałeś mi, że istnieje niebezpieczeństwo!

   - Niebezpieczeństwo istnieje stale, nadi.

    - Nie zbywaj mnie byle czym, do cholery! Pozwoliłeś mi pojechać. Trudniej znaleźć wymówkę na jutro, kiedy też mam jechać. I czy wtedy będę bezpieczny? Nie zawsze rozumiem twoje poczucie ważności, Banichi, i szczerze wyznaję, że jest tak w tej chwili.

    - Herbata stanowiła dla Ilisidi osobistą okazję. A Cenedi był z nami całą noc podczas poszukiwań. Gdyby Cenedi miał taki zamiar, to by mnie zlikwidował. Przeprowadziłem próbę.

    Zrozumienie tego zajęło Brenowi chwilę.

    - Chcesz powiedzieć, że dałeś Cenediemu szansę zabicia cię?

    - Upierając się przy dawaniu obietnic obcym bez konsultacji ze mną, paidhi-ji, naprawdę bardzo mi utrudniasz pracę. Jago została poinformowana o sytuacji. Cenedi prawdopodobnie ją znał i wiedział, że będzie jeszcze miał do czynienia z Jago, ale Cenedi nie zawarł kontraktu przeciwko tobie, dokładnie się o tym upewniłem. A ja przez cały ranek znajdowałem się między tobą i posiadłością.

    - Banichi, przepraszam. Z całego serca. Banichi wzruszył ramionami.

    - Ilisidi jest stara i przebiegła. O czym rozmawialiście? O pogodzie? O Tabinim?

    - O śniadaniu. O tym, że nie skręciłem karku. Jeden mecheita imieniem Babs...

    - Babsidi. - Znaczyło to "zabójczy". - I o niczym więcej?

    Bren rozpaczliwie starał się sobie przypomnieć.

    - Że to jest jej ziemia. Jakie tu rosną rośliny. O smoketkach.

    - I?

    - O niczym. O niczym ważnym. Cenedi mówił o ruinach i armacie na frontowym trawniku. Ścigała się ze mną pod górę, rozciąłem sobie wargę... Potem byli dla mnie uprzejmi. I turyści byli dla mnie uprzejmi. Dałem im wstążki, podpisałem karty, rozmawialiśmy o naszych rodzinach, skąd pochodzą. Czy cokolwiek z tego mogło sprowadzić katastrofę, Banichi-ji, zanim jakiś dureń spróbował wejść na trawnik? Powiedz mi. Proszę cię o radę.

    Kolejne długie, trzeźwe spojrzenie Banichiego. Jego oczy były przejrzyste i niewiarygodnie żółte. Jak szkło. I równie wymowne.

    - Obaj jesteśmy zawodowcami, paidhi-ji. Zapewniam cię, jesteś zupełnie niezły.

    - Myślisz, że kłamię?

    - Chcę powiedzieć, że i ty, i ja zawsze jesteśmy na służbie. - Banichi podniósł butelkę i z umiarem nalał im obu. - Ja wierzę w twój instynkt zawodowy. Uwierz w mój.

    Doszli do owoców i sosu śmietankowo-likierowego. Bren, mógłby dać mu się uwieść, gdyby jego żołądek nie ucierpiał od prowadzonej przy stole rozmowy.

    - Jeśli istnieje służba kurierska - powiedział Bren, kiedy atmosfera wydała się lżejsza - to możesz przekazać ode mnie list do mojego biura na Moshpeirze.

    - Moglibyśmy - odparł Banichi. - Jeżeli Tabini się zgodzi.

   - Jakieś wieści o baterii słonecznej, o którą prosiłem?

    - Obawiam się, że jeśli jakaś się znajdzie, to zostanie przekazana komuś innemu. Sami oddaliśmy nasz generator. W dolinie są domy bez prądu, osoby starsze i chore...

    - Oczywiście. Nie mógł tej odpowiedzi nic zarzucić. Była całkowicie rozsądna. Jak wszystko inne.

    Wiary - powiedział w myśli Bren do zwierząt na ścianie. Cierpliwości. Szklane oczy oddały mu spojrzenie, niektóre gniewne, inne bezwolnie tępe. Można było sądzić, że czekały na myśliwych ze spokojem.

    Banichi powiedział, że ma coś do roboty - musi napisać sprawozdania. Pewnie ręcznie.

    A może nie. Przyszedł Djinana i zabrał talerze. Rozpalił lampy naftowe, zdmuchnąwszy świece na kandelabrach w jadalni.

    - Czy będziesz jeszcze czegoś potrzebował?

    - Nie - odpowiedział Bren, myśląc, że ze wszystkich osób, które mają tu nienormowany czas pracy i nie otrzymują uczciwych wyjaśnień, Djinana jest najbardziej poszkodowany. Zastanawiał się, gdzie jest Tano - Tano, który miał być jego osobistym służącym. A Algini jest w Shejidan. - Na pewno nie. Poczytam sobie przed snem.

    - Przygotuję ci nocny strój - rzekł Djinana.

    - Dziękuję - mruknął Bren, wziął książkę i usiadł przy kominku. Jeśli ustawił krzesło pod kątem, a lampy stołowe przysunął jedną do drugiej, oba te źródła światła umożliwiały jakie takie czytanie. Płomienie chwiały się. Bren odkrył zasadniczy powód istnienia żarówek.

    Djinana zabrał wózek z nakryciami - sprzątając ze stołu, ateva nie potrącił nawet kieliszka. Świece w jadalni były zgaszone, co czyniło z niej ciemną jaskinię. Ogień płonący na kominku rzucał po całym pokoju rogate i uszate cienie, tańczył w szklanych oczach zwierząt.

    Bren usłyszał, jak Djinana otwiera szafę w sypialni, a potem wychodzi.

    Potem w apartamencie zapanowała dziwna cisza. Żadnego deszczu, żadnych grzmotów, tylko trzask ognia. Bren czytał, odwracając kartki ze zdumiewająco głośnym szelestem. Czytał o rzadkim wśród tych historii romansie bez żadnej krwawej zemsty, bez wewnątrzklanowych tarć, dramatycznych skoków z wieży Malguri czy choćby jednego utonięcia. Była to po prostu opowieść o romantycznej parze, która poznała się i pielęgnowała swoje uczucie w Malguri. Młodzi byli aijiin dwóch sąsiadujących prowincji i mieli mrowie utalentowanych dzieci.

    To miła myśl, że ktoś sypiający w tych pokojach nie skończył źle; ciekawie jest dowiedzieć się o romantycznych wydarzeniach, kwiatach dawanych w prezencie, o długim i czułym związku dwóch osób, które jako głowy państwa właściwie nigdy nie miały domu oprócz Malguri jesienią. Tej strony swojej natury atevi paidhiemu nie pokazywali - chyba żeby policzyć flirty, co do których Bren nigdy nie miał pewności, czy powinien traktować je poważnie. Tak to się jednak odbywało: drobne prezenty, przywiązywane wzajemnie do bram lub przesyłane przez osoby trzecie. Atewskie małżeństwa nie zawsze oznaczały wspólne mieszkanie. Małżonkowie często mieszkali osobno, chyba że w grę wchodziły nieletnie dzieci - wtedy małżeństwo mieszkało razem albo nie. To, co atevi myślą lub czują, wciąż Brenowi umykało z powodu ich języka.

    Polubił jednak aijiin Malguri tak samo, jak polubił starszą parę mającą wnuki, która podróżowała razem, jak przypuszczał, w poszukiwaniu przygód. Być może starsi państwo nie mieszkali razem, choć tego nic nie gwarantowało.

    Z powodu atewskiej powściągliwości przez cały okres przebywania na kontynencie paidhiin nie odkryli grzecznego sposobu zapytania swoich gospodarzy o ich życie domowe, adresy czy obyczaje. Wszystko to kwalifikowało się jako "sprawy osobiste" i takimi pozostawało.

    Bren sądził, że można zapytać Jago. Jago przynajmniej bawiły jego niegrzeczne pytania. I Jago była nadzwyczaj oczytana. Mogła nawet wiedzieć o tej historycznej parze.

    Tęsknił za Jago. Gdyby tu była, nie doszłoby do tej prawie kłótni z Banichim. Bren nie wiedział, dlaczego Banichi uparł się, żeby towarzyszyć mu przy kolacji, skoro zamierzał pozostawać w zgryźliwym nastroju.

    Może coś się nie powiodło.

    W dniu, w którym Cenedi kogoś zastrzelił, a zastrzelony okazał się znajomym Banichiego, rzeczywiście coś się nie powiodło i Banichi miał wszelkie powody do fatalnego samopoczucia. To, że atevi tego nie okazywali i zwyczajowo posługiwali się niedomówieniami, nie oznaczało, że Banichi nie jest zdenerwowany - i że sam, być może, nie żałuje, że nie ma tu Jago. Bren przypuszczał, że Banichi też nie bawił się dobrze w towarzystwie zgryźliwego człowieka okazującego emocje, do jakich nie przyznałby się atewski dwunastolatek.

    Chyba powinien Banichiego przeprosić.

    Brenowi się to nie uśmiechało. To, że rozumie, nie oznaczało, że godzi się ze stanem rzeczy. Znów zapragnął, żeby była tu z nimi Jago: była nieco młodsza i trochę bardziej powściągliwa, jak teraz widział, nawet nieśmiała, ale kiedy już zdecydowała się mówić, to stawała się troszeczkę bardziej bezpośrednia od Banichiego - czy to z natury, czy to dlatego, że man'chi Tabiniego nie było dla nikogo małym obciążeniem, a już najmniej dla Banichiego.

    Oczy piekły go od czytania w pełgającym świetle. Od podtrzymywania ognia na tyle, żeby rzucał blask aż do krzesła, Brenowi zrobiło się gorąco, a lampy naftowe kopciły. Stwierdził, że boli go głowa, wstał więc i cicho, żeby nie obudzić personelu, poszedł do chłodniejszej części pokoju. Był zbyt niespokojny, żeby zasnąć.

    Brakowało mu wieczornych wiadomości. Brakowało mu możliwości zatelefonowania do Barb czy nawet, niech Bóg go ma w opiece, do Hanks, by powiedzieć to, czego nie bał się powiedzieć, wiedząc, że linia jest na podsłuchu. O mało co nie zaczął mówić do siebie, żeby tylko usłyszeć w ciszy brzmienie ludzkiej mowy; by chociaż na krótko wyrwać się z kręgu atewskiego myślenia.

    Gdzieś włączył się silnik. Bren stanął nieruchomo i zaczął nasłuchiwać, uznał, że ktoś wyjeżdża do miasteczka lub bliżej, ale kto to był, nie miał bladego pojęcia.

    Niech to diabli, pomyślał i podszedł do okna, ale z tego miejsca nie było widać dziedzińca, bo przeszkadzał wystający narożnik głównego holu. Boczne szybki okna były zamknięte na skobelek. Bren wyciągnął go, żeby sprawdzić, czy samochód zjeżdża główną drogą, czy jedzie we wzgórza, a może - czy w ten sposób uruchomi jakiś niezabytkowy alarm.

    To tylko furgonetka linii lotniczych. Malguri miało własną furgonetkę! Drogą przywożono żywność i pasażerów. Mogli go przytransportować z lotniska.

    Może jednak Banichi sądził inaczej. Może chciał wybadać sytuację, zanim zda się na Cenediego.

    Może wciąż żywił jakieś wątpliwości.

    Hałas silnika przesunął się w górę, wokół murów. Brenowi trudno było określić, skąd dobiega. Wpadające do dusznego pokoju nocne powietrze było rześkie i chłodne. Zrobił kilka głębokich oddechów.

    Jego pierwsza tutaj noc bez deszczu, pierwsza godzina pełnej ciemności. Niebo nad jeziorem i górami na wschodzie było tak czyste, czarne i zimne, że człowiek widział wysoko zawieszoną, czerwonawą Maudette i prawie niewidocznego jej towarzysza, Gabriela, co na Mospheirze było prawdziwym sprawdzianem dobrego wzroku.

    Nocne powietrze pachniało wspaniale, pełne woni dzikich kwiatów. Bren nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo mu brakuje ogrodu za oknem i jak bardzo czuje się uwięziony.

    Podczas czystych nocy na górze Allana Thomasa, tuż po zachodzie lub przed wschodem słońca, widywał stację. Nie śledził jej drogi, tak jak niegdyś w młodości, kiedy razem z Tobym chodzili na wycieczki w góry i opowiadali sobie historie o Lądowaniu, wyobrażając sobie - teraz myślał o tym ze wstydem - że wśród wysokich wzgórz kryją się atewscy partyzanci. Prowadzili tam wyimaginowane wojny, zabijając setki atevich i narażając się na strzały fikcyjnych atewskich złoczyńców. Historie te były mniej więcej tak dobre, jak dramaty machimi o ukrytych ludzkich partyzantach wspieranych przez szaleńców mających swoją bazę na stacji - na Obcej Gwieździe, jak nazywali ją atevi w tamtych dawno minionych, wojennych czasach.

    Przynajmniej dopracowali się wspólnej mitologii, wspólnej przeszłości, wspólnego zestawu bohaterów i złoczyńców - a kto był kim zależało jedynie od punktu widzenia.

    Bren nigdy nie wspomniał Tabiniemu, że jego ojciec był potomkiem z nieprawego łoża owego Polanskiego, który jako generał dowodził obroną Plaży Półksiężyca i nie dopuścił atewskich posiłków na Mospheirę.

    Nie było to coś, z czym daleki potomek Polanskiego miał cokolwiek wspólnego - coś, do czego chciałby się przyznać, wykonując swą obecną pracę.

    Człowiek robił postępy w miarę swoich możliwości. Wolałby, żeby dzieci atevich nie widziały ludzi jako postaci z teatru cieni i szaleńców, a ludzkie dzieci nie bawiły się w lesie w strzelanie do atevich. Przyszedł mu do głowy pomysł, żeby zrobić z tego główny temat swego zimowego przemówienia do zgromadzenia, nie wiedział jednak, jak dobrać się do wszystkich tych filmów i całej telewizji, która tylko zaogniała problem.

    W tej sytuacji nie było też całkiem rozsądne stać plecami do okna. Zeszłej nocy Jago odciągnęła go stamtąd... Ale podejrzewać niebezpieczeństwo, zagrażające z okien lub dachu drugiego skrzydła, wydawało się głupie.

    Bren sądził jednak, że każdy mógł mieć łódkę na jeziorze, chociaż nie na tyle blisko, żeby on sam stanowił dla zabójcy łatwy cel. Każdy mógł przybić do brzegu Malguri, czy to przy potężnych murach, czy przy skałach pod murami.

    Bren cofnął się i zaczął zamykać okno.

    Wszędzie wokół niego rozbłysły żarówki. Rozdzwonił się alarm, a Bren, mrugając w blasku elektrycznego światła, zatrzasnął okno i zamknął je na skobelek. Serce biło mu pod wpływem kompletnego zaskoczenia; z sąsiedniego pokoju dobiegł go odgłos bosych stóp na drewnianych deskach podłogi.

    Pokazał się zupełnie nagi Tano z bronią w ręku, a tuż za nim Djinana i Maigi, ten ostatni owinięty w ręcznik i ociekający wodą. Korytarze w całym Malguri rozbrzmiewały tupotem nóg, a alarm wciąż dzwonił.

    - Czy otwierałeś okno? - zapytał Tano.

   - Tak, nadiin, przepraszam.

    Jego ochroniarze wydali zbiorowe westchnienie ulgi. W sąsiednim pokoju załomotała klamka i Tano machnięciem ręki wysłał tam Djinanę.

    - Nadi, podłączyli nam prąd - rzekł Tano. - Twoja ochrona wolałaby, żebyś dla własnego dobra raczej nie otwierał okien. Szczególnie w nocy.

    Djinana wpuścił kogoś z zewnętrznego korytarza. Do pokoju wszedł Cenedi z parą strażników wdowy.

    - Paidhi otworzył okno, nadi - poinformował ich Tano.

    - Nand' paidhi - rzekł Cenedi. - Proszę, żebyś tego w przyszłości nie robił.

    - Proszę o wybaczenie - powiedział Bren. Alarm wciąż dzwonił, działając mu na nerwy. - Czy ktoś mógłby wyłączyć alarm? Cenedi wydał odpowiednie polecenia. Zaprowadzenie porządku i tak wymagało czasu, a zanim Bren mógł się pozbyć całego personelu z apartamentu, trzeba było zgasić lampy naftowe.

    Kiedy ucichła wrzawa, a wszystkie drzwi i okna zostały zamknięte, Bren opadł na krawędź łóżka, zadając sobie pytanie, gdzie był Banichi i jakie to czarne myśli musi na jego temat snuć teraz wdowa.

    To cholerne niedbalstwo, podłączyć system alarmowy do prądu. To nie w stylu Banichiego. I zapewne nie Cenediego. Bren nie sądził, że widział wszystkie zabezpieczenia Malguri. Mógłby się założyć, że mają baterie słoneczne. Znają odpowiednią technologię.

    Nie powstrzymało to jednak paidhiego przed obudzeniem całego zamku i zrobieniem z siebie głupca.

    Nie przysporzyło mu to sympatii Ilisidi. O to też mógł się założyć.

następny